Prawdziwe oblicze Karaibów - czyli Dominikana na własną rękę

Dominikana kojarzyła mi się zawsze z reklamą mojego ulubionego Bounty i określeniem "Raj na Ziemi". Gdy zabookowałam bilet lotniczy do Punta Cany, przed oczami malował mi się piękny krajobraz z białymi plażami i błękitnym morzem na czele. Wyobrażałam sobie, jak sączę te drinki w prawdziwym kokosie, podczas wygrzewania się na słońcu w temperaturze ponad 30'C. Zawsze marzyłam o tym, by spędzić zimę w ciepłych krajach, dlatego myśl, że będę witać Nowy Rok na Karaibach, przyprawiała mnie o dreszcze. Nie mogłam się doczekać tego wyjazdu, kiedy będę mogła na własnej skórze przekonać się, jak jest w rzeczywistości. No i właśnie... jak było naprawdę? Jak wyglądały moje 3-tygodniowe wakacje w środku zimy na rajskiej wyspie? Co mnie rozczarowało, co mnie urzekło, jak sobie poradziłam na pierwszym w życiu wyjeździe tak daleko i w całości na własną rękę? Czy chcę tam wrócić? Usiądźcie wygodnie i przygotujcie sobie duży kubek gorącej czekolady, bo czeka Was długa, być może zaskakująca opowieść. Długo wyczekiwana przez Was relacja z podróży na Dominikanę - czas, start!

Gdzie te rajskie plaże?

Praktycznie cały pierwszy dzień na Domikanie spędziliśmy na poszukiwaniu plaży. Nasz hotel (Primaveral w Bavaro) według mapy, którą dostaliśmy, był oddalony od plaży o jakieś 5-6 km. I według tej samej mapy i naszych GPS byliśmy cały czas bardzo blisko morza, nawet słyszeliśmy jego szum, ale plaży jak nie było widać, tak nie było. Okazało się, że prawie wszystkie plaże były prywatne i przynależały do hoteli. Po kilkunastu godzinach błądzenia wróciliśmy zdemotywowani do hotelu, gdzie postanowiliśmy zapytać, czy są tu w okolicy jakiekolwiek plaże publiczne? Znowu błądziliśmy i już prawie straciliśmy nadzieję, że w ogóle uda nam się zobaczyć to Morze Karaibskie, gdy tuż przed zachodem słońca naszym oczom ukazał się taki widok:


video

Dla takiego widoku warto było błądzić cały dzień i przejść w sumie ponad 20 km. Niesamowite uczucie - jest poniedziałek, 28 grudnia 2015, a ty spędzasz wieczór pod palmami, nad brzegiem Morza Karaibskiego, czując piasek pod stopami i delikatny powiew ciepłego wiatru. Dla niektórych nie do wyobrażenia, a dla mnie rzeczywistość. Zawsze powtarzałam, że marzenia się nie spełniają... marzenia się spełnia!
Wracając do rajskich plaż - tak naprawdę były tylko 2 plaże, które wyglądem przypominały te z pocztówek i nie były one na samej Dominikanie, tylko na wyspach przynależących do Dominikany - Bacardi Island \ Saona Island, więc musieliśmy do nich dopłynąć. Plaże w Punta Cana podobno są najładniejsze na całej wyspie - trudno mi to było ocenić, gdyż nie mieliśmy dostępu do większości z nich, bo były prywatne. Te, na które udało nam się dostać, owszem, były piękne, ale nie było to takie "wow", jakie sobie wyobrażałam. Jedna z ciekawszych plaż w okolicy to Playa Macao, na której towarzystwa dotrzymywał nam... osioł, który wywęszył mango Norberta i koniecznie chciał, by go poczęstować.



W to miejsce udaliśmy się też w ostatnim tygodniu pobytu i tym razem zamiast osła atrakcją były ogromne fale, które zalały całą plażę i... nasze auto. Zdziwieni niecodziennym widokiem, postanowiliśmy wszystko uwiecznić na zdjęciach i snapach :)






video

Wycieczka na wyspę Bacardi

Na tę wyspę udaliśmy się z portu na półwyspie Samana, przez który moje wyobrażenia o Dominikanie legły w gruzach... ale o tym później ;) Z tubylcami musieliśmy się targować niekiedy przez kilka godzin, aby za wycieczkę wynegocjować cenę, która nas nie osłabiała. Oczywiście, wszystko po hiszpańsku, bo po angielsku mogliśmy sobie jedynie porozmawiać z recepcją w hotelach all inclusive, czego niestety się nie spodziewałam... Na szczęście Norbi przypomniał sobie to, czego nauczył się na Teneryfie, a przez 3 dni wspierała nas też Lena - Ukrainka, która biegle władała bodajże 6 językami, w tym hiszpańskim i polskim. Lena była naszym przewodnikiem przez ten czas, jak trzymaliśmy się w 6-tkę, czyli nasza 4-ka + Lena + jej chłopak Grzegorz, którego poznaliśmy... podczas polowania na kokosy. Przechodził akurat plażą i mógł zaobserwować jak 3 kolesi próbuje strącić kokosy z palmy - podszedł się przywitać, gdy usłyszał... "kurwa", kiedy 10-ty raz z rzędu uderzenie w kokosa nie przynosiło żadnych rezultatów :)

video

Zanim dopłynęliśmy na wyspę Bacardi, zwiedziliśmy jeszcze Park Narodowy Dominikany - coś co przypominało lasy tropikalne, oraz jaskinie, w której mogliśmy podziwiać piktogramy.









Podróż tą łódką-motorówką była dla mnie traumatycznym przeżyciem :P Gościu, u którego wynegocjowaliśmy tę wycieczkę za 7000 peso (około 630 pln) strasznie szybko nią zapierniczał, do tego duże fale i niesamowicie trzęsło, jak łajba zderzała się z wodą, to dosłownie tłukło - uczucie podobne jak wjechanie w ogromną dziurę na ulicy z mega prędkością. Oczywiście z całego teamu tylko ja nie umiałam pływać, dlatego mój strach był o wiele większy, ale... dałam radę! :) Niemniej jednak na poniższych zdjęciach możecie zobaczyć ten strach w moich oczach.




Na wyspie mogliśmy poczuć klimat Dominikany ze zdjęć w Internecie - drinki w prawdziwym kokosie lub ananasie, biały piasek i lazurowe wybrzeże. Spędziliśmy tam około 3 godzin i o zachodzie słońca przypłynęliśmy z powrotem do Samany.






Saona - najpiękniejsza wyspa na całych Karaibach

Na Saonę wybraliśmy się w 5-kę (ja, Norbi, Witek, Oli i Piter, który doleciał do nas w ostatnim tygodniu pobytu) - bez Leny i Grześka, którzy mieli inny plan zwiedzania wyspy. Z tego powodu nie miał kto u nas się targować z Tubylcami, więc kupiliśmy wycieczkę na Saonę od miejscowych naciągaczy, którzy oczywiście tylko dla nas mieli "speszyl prajzzz" - chyba nie muszę pisać o co chodzi :) w każdym razie zapłaciliśmy 65 USD za tę wycieczkę.
Płynęliśmy trochę większą łódką niż ostatnio. Po drodze mieliśmy 1 przystanek na snurkowanie oraz 1 odpoczynek na morzu w miejscu, gdzie występował naturalny basen. Można było zejść do największej wanny kąpielowej na świecie – Piscina Natural. Była to wielka piaszczysta płycizna, gdzie stojąc daleko od brzegu, woda sięgała jedynie do pasa i można było obserwować pływające dookoła barwne, egzotyczne ryby i rozgwiazdy. Widok znany z filmów o Karaibach stał się tam rzeczywistością.







A wyspa? Taka jak na zdjęciach i filmach. To tutaj podobno kręcili reklamę Bounty. W cenie wycieczki mieliśmy też obiad, który był czymś w rodzaju "szwedzkiego stołu", dlatego mogliśmy się najeść do syta.










A na pożegnanie otrzymaliśmy butelkę Mamajuany - ich lokalny alkohol, z wydrukowanym naszym zdjęciem. Oczywiście nie za darmo, bo na Karaibach nic nie ma za darmo (strasznie korupcyjny kraj - wszystko za pieniądze robią) - musieliśmy się wytargować za tę butelkę + cd z karaibską muzyką. Ostatecznie zapłaciliśmy za to aż 15€!

Półwysep Samana i prawdziwe oblicze Dominikany

W Nowy Rok udaliśmy się z Punta Cany na Półwysep Samana na drugim końcu wyspy. Pojechaliśmy tam w ciemno - postanowiliśmy ogarnąć nocleg na miejscu. Pierwszy i ostatni raz! Okazało się, że praktycznie wszystko było zajęte i gdyby nie Lena i jej dobra znajomość hiszpańskiego - chyba byśmy spali na plaży... W ostateczności udało jej się dla nas znaleźć jeden jedyny nocleg w centrum miasteczka. Warunki... tragedia - spaliśmy w 3 osoby w pokoju o powierzchni 10m2, na betonowych łóżkach z materacami i pościelą ze szpitala.... a w łazience zamiast prysznica mieliśmy rurę, z której leciała lodowata woda. Podobno to standard i nikt z tubylców nie zwraca na to uwagi. Po 1 nocy tam miałam traumatyczne przeżycia i cały czar Dominikany prysł... Niestety musieliśmy tam zostać jeszcze kolejne 2 noce, bo nie było nic innego, a mieliśmy w planach stamtąd udać się na wyspę Bacardi i zwiedzić największy wodospad. Może i zapłaciliśmy po 27zł od osoby za dobę, ale zdecydowanie wolę zapłacić dużo więcej i spać w normalnych warunkach. Dlatego kolejne 2 dni spędziliśmy w Hotelu All Inclusive w Sosua, a kolejne 2 w apartamencie 5* Karibo w Punta Cana :)
A poniżej zdjęcia z Samany. Prawdziwe dominikańskie miasteczko - pełno motocykli, brudne ulice i pikniki przy ulicach po zmroku...




Te zdjęcia pokazują prawdziwą Dominikanę. Turyści zazwyczaj spędzają urlop w resortach i nawet nie wychodzą na miasto, a tym bardziej za miasto, więc taki widok jest im totalnie obcy. Poniżej wrzucam fotki, których nie zobaczycie przy ofertach biur podróży :)










Wakacje z pocztówki, czyli luksusowe hotele i opcja all inclusive

Po 3 dniach w dziczy postanowiliśmy się zrelaksować w hotelu all inclusive. Zabookowaliśmy przez Internet pokój dla naszej 4-ki w Sosua (północ wyspy) w Hotelu Casa Marina Beach 3* (koszt około 200zł za dobę od osoby). Spędziliśmy tam dwa dni - w zupełności to wystarczyło na to, aby totalnie się wyczilować, pijąc drinki w jacuzzi nad brzegiem morza o zachodzie słońca - w styczniu, bezcenne.






Kolejne 2 dni spędziliśmy w apartamencie 5* w hotelu Karibo. Zapłaciliśmy około 180zł od osoby za dobę, bez wyżywienia, ale za to mieliśmy apartament ponad 120m2, w tym 3 łazienki, 2 sypialnie, salon, kuchnia z pełnym wyposażeniem - nawet była pralka i zmywarka, oraz taras z jacuzzi. Z tych wszystkich noclegów, które mieliśmy, ten najbardziej przypadł nam do gustu - niesamowicie miła obsługa, blisko bary i restauracje, więc można było poczuć nocny klimat w Punta Cana, a do plaży mieliśmy około 3 km, dlatego bez auta byłoby ciężko. Z Karibo udaliśmy się na środek wyspy, gdzie spędziliśmy 2 dni w górskiej miejscowości Jarabacoa. Stamtąd znów wrociliśmy do Karibo na 4 dni.




Ostatnie 3 dni na wyspie spędziłam z Norbim i Witkiem, bo Oli i Piter wrócili wcześniej do domu. Po 3 tygodniach zmagań, chcieliśmy ostatnie 3 dni spędzić na totalnym lajcie, dlatego znowu wzieliśmy opcję all inculsive. Tym razem wybór padł na hotel w Punta Cana, abyśmy mieli blisko na lotnisko. Wybraliśmy hotel Riu Naiboa 4*. W całym kompleksie Riu znajdowało się 5 hoteli - trzy z nich miały 5* i było widać sporą różnicę - ogromne baseny z leżakami w wodzie czy barem w wodzie, wnętrza hoteli bardziej luksusowe i większa powierzchnia, kasyno, lepsze jedzenie.





Dominikańskie auta i drogi - czyli witaj w prawdziwej miejskiej dżungli!

Gdy przylecieliśmy na Dominikanę był 28 grudnia - 3 dni przed Sylwestrem, dlatego mieliśmy problem z wypożyczeniem auta - wszystkie były już w użyciu. Ostatecznie udało nam się znaleźć Hyundaia i po przejechaniu kilku kilometrów już wiedzieliśmy, dlaczego nikt go nie wypożyczył...


Na drogach w mieście są tak ogromne, dosłownie OGROMNE progi zwalniające, że jak przez nie przejeżdżaliśmy (pod kątem i na hamulcu), to wszyscy w aucie wstrzymywali oddech... Bywały sytuacje, że tubylcy zatrzymali się, zsiadali z motocykli i patrzyli, czy uda nam się te progi przejechać.
Wszystkie auta, jakie mieli do wypożyczenia, są z automatyczną skrzynią biegów - nic dziwnego, jeśli w mieście co chwilę są te ogromne progi zwalniające. Najbardziej jednak nas zdziwiły zimowe opony w tym aucie, na dodatek jedna z nich byla założona odwrotnie... Z ciekawostek to jeszcze to, że akumulator nie był przykręcony, latał pod maską, więc często auto nie chciało odpalać i musieliśmy pod maską przycisnąć kabelki ;) Po tygodniu, gdy już minął szał noworoczny i mieliśmy spory wybór aut - wiedzieliśmy, że potrzebujemy jakiegoś suva, bo jak byśmy jeszcze kilka dni pojeździli tym Hyundaiem, to byśmy albo do końca rozwalili zawieszenie, albo zgubili rurę wydechową, albo nie wiadomo co jeszcze ;) Dlatego kolejne auto, na które się przesiedliśmy, wyglądało tak:



Jeśli chodzi o drogi... czegoś takiego jeszcze nie widziałam - na autostradzie można było zobaczyć takie wielkie dziury, że jakbyśmy w nie wpadli, to by nam całe koło z auta urwało... Oczywiście dziury nieoznakowane. Auta też nieoznakowane - na autostradzie potrafiliśmy mijać nocą auta, które jechały bez tylnych świateł... Co do aut - 90% to marki koreańskie lub japońskie - praktycznie same Hyndaie, Kia, Toyoty i Suzuki na drogach. Jeśli chodzi o wygląd aut - w stolicy potrafiliśmy spotkać prawdziwe dzieła sztuki:






Największe graty to były taksowki - totalnie pordzewiałe, często bez tylnego zderzaka, zdarzały się też takie bez drzwi pasażera - śmieliśmy się, że wtedy nie płaci się u nich za "zatrześnięcie drzwiami w taksówce". Siedem osób w aucie to norma - 3 z przodu i 4 z tyłu, nikogo taki widok nie dziwił. My sami też jeździliśmy Hyundaiem w 6 osób - 4 na tylnej kanapie i nikt na to uwagi nie zwrócił - podobno to norma. Jeśli chodzi o zasady ruchu drogowego, to nie mam pojęcia, czy jakiekolwiek tam obowiązywały poza jedną - kto pierwszy trąbnie, ten ma pierszeństwo... Przejazd przez stolicę, Santo Domingo, to był prawdziwy hardcore! Raz mi przypadło prowadzić auto przez to nieszczęsne prawie 4-milionowe miasto i myślałam, że się popłaczę za kierownicą - na 1 pasie próbowały się wcisnąć równolegle 3 auta, kaźdy trąbił, nikt nie uzywał kierunkowskazów, na czerwone światła też praktycznie nikt uwagi nie zwracał. Totalny dramat. Ale - doświadczenie bezcenne, w Polsce już nic na mnie wrażenia nie zrobi na drogach :D

Oko w oko z naturą - wodospady i dzikie szlaki

Na wyspie jest mnóstwo wodospadów. Jeden z największych był niedaleko Samany - El Limon. Postanowiliśmy go zdobyć na własną rękę. Czekała nas przeprawa przez straszne błota, chaszcze, strome zejścia itd. Wtedy bardzo żałowałam, że nie dałam się tubylcom namówić na wypożyczenie konia. Tak uwalonych od błota butów to nigdy nie miałam...

video





Kolejne wodospady zwiedziliśmy niedaleko Jarabacoa - miejscowości położonej w górach. Tutaj niestety na własną rękę nie potrafiliśmy do nich dotrzeć, więc poświęciliśmy godzinę na mieście na szukanie kogoś, kto zostałby naszym przewodnikiem (tutaj hiszpański Norbiego okazał się bezcenny!). Dojścia do wodospadów były dość męczące dla mnie i po 2 juz miałam dość :)








Dominikańskie jedzenie

Naszym ulubionym dominikańskim jedzeniem były pierożki - z kurczakiem, serem lub szynką. Kosztowały około 2,70zł za sztukę i były całkiem smaczne. Ceny jedzenia bardzo się potrafiły różnić - przykładowo za danie obiadowe w Punta Cana płacilśmy średnio około 30-40zł, duża pizza dla 4 osób kosztowała 120zł... Natomiast w wioskach w głębi wyspy potrafiliśmy kupić wielki talerz nuggetsów ze smażoną juką (ichniejsze frytki) za 9zł. Typowe śniadanie to tosty, jajecznica lub omlet. Do tego zawsze braliśmy soki wyciskane z mango lub z limonek, które tam, ze względu na ciągłe słońce, były niesamowicie słodkie, praktycznie w ogóle nie było czuć, że są kwaśne. Zdarzało nam się też jeść przy drodze - np. za worek ryb i kilka bochenków chleba z mąki kokosowej płaciliśmy około 20-30zł.









W hotelu RIU Naiboa w opcji all inclusive 24h mieliśmy dostęp do naprawdę rewelacyjnego jedzenia i ogormny wybór (W Casa Marina Beach jedzenie było bardzo średnie... na miescie bylo zdecydowanie lepsze). Wszystkiego nie byłam w stanie sprobować, ale to, co jadłam, było prze-prze-przepyszne!



Bilety lotnicze

Na Dominikanę lecieliśmy liniami Jet Air Fly (belgijskie Tui) z Brukseli. Lot trwał około 12 godzin i podczas rejsu otrzymaliśmy 2 posiłki, które były całkiem smaczne. Bilet z Brukseli do Punta Cany kupowaliśmy na około miesiąc przed na stronie jetairfly.com za około 199€, natomiast powrotny kupiliśmy za ok.320€. Niestety nasz lot powrotny został opóźniony o 8 godzin, więc zamiast wracać o 19:00, mieliśmy wylot o 3:00 w nocy - dlatego wzięliśmy sobie jeszcze 1 dobę w hotelu koło plazy Cortesito, mieliśmy 5 minut drogi do plaży. Stamątd o północy udaliśmy się na lotnisko, na którym czekała nas kolejna niespodzianka - odlot przesunięty na 6:00 rano... więc spędziliśmy 6 godzin na lotnisku, 12 godzin w samolocie i około 10 w aucie, jadąc z Brukseli do Trójmiasta.





Podsumowanie

Podsumowując - były to niesamowite 3 tygodnie, które będę bardzo długo wspominać. To, co mnie najbardziej urzekło na Dominikanie, to hmmm... temperatura - mieliśmy praktycznie codziennie między 29 a 31'C. a ja w takim klimacie najlepiej funkcjonuję. Trochę inaczej sobie wyobrażałam te całe Karaiby, ale ogólnie był to bardzo udany wyjazd, pełen wrażeń i przygód. Jednak nie chciałabym tam mieszkać - na dłuższę metę, bym się zanudziła - prawdziwy klimat "brudnej Dominikany" mi totalnie nie pasuje, a ile można leżeć na plażach. Z tego też względu wolę wakacje na Ibizie - jest to miejsce, do którego moge wracać w nieskończoność. Karaiby są na pewno świetnym miejscem na spędzenie zimy. W tym roku również zamierzam spędzić mroźne miesiące w ciepłych krajach, lecz tym razem nie będą to Karaiby, a co takiego? - śledźcie mój fanpage :)

10 comments:

  1. Niesamowite kolory przyjmuje tam woda i zieleń. Wszystko to chyba zasługa tego cudownego słońca. Coraz bardziej ciągnie mnie w tamte strony.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Mnie z kolei ciągnie w drugą stronę globu - jakieś Maledivy czy Filipiny :)

      Delete
  2. Świetna fotorelacja, wspaniała przygoda, niezapomniane wspomnienia. :) Ogromne wrażenie robi na mnie tamten zakątek świata. :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Na mnie też robił, ale po przejechaniu Dominikany wzdłuż i wszerz czar trochę prysł :D

      Delete
  3. Drink z ananasa pod słońcem w czasie zimy to jest to, czego zazdroszczę Wam najbardziej (choć chwilowo w PL słońca nie brakuje ;) piękne zdjęcia ;)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Teraz już wiem, że co roku zimę chcę spędzać w ciepłych krajach! :D widok śniegu mnie przeraża :)

      Delete
  4. Piękne zdjęcia, widac że dobrze się bawiliście na wakacjach.

    ReplyDelete
  5. Najbardziej to zazdroszczę Ci tych pięknych zachodów słońca!:) Też byłam na Dominikanie w grudniu i wiem, jakie to cudowne uczucie wygrzewać się na plaży, kiedy w Polsce szaleje zima;d Podobało mi się zarówno to rajskie jak i prawdziwe życie na wyspie. Ale zachodów słońca właśnie nie uświadczyłam - plaża w naszym hotelu była chyba jakoś dziwnie położona;p

    ReplyDelete
    Replies
    1. No zachody słońca tam to coś, za czym tęsknię. Były wyjątkowe! A w jakim Hotelu przebywałaś?

      Delete