8 dni na Wyspie Wiecznej Wiosny

Kocham wakacje, a zwłaszcza, gdy są one w styczniu. W Polsce zimno i ponuro, a ja mogę cieszyć się promieniami słońca, zapachem kwiatów, smakiem Sangrii oraz uczuciem piasku pod stopami. Po raz trzeci miałam okazję spędzić zimę na słonecznej Teneryfie. Na pewno każdy z Was ma miejsca, do których mógłby wracać w nieskończoność - w moim wypadku jest to oczywiście Ibiza, jednak na Teneryfie jest też kilka miejsc, do których chętnie powracam. Nigdy nie byłam tam latem, zawsze w styczniu/lutym, ale podobno przez cały rok jest podobny klimat - tzw. wiecznej wiosny. Ja jestem zwolennikiem upałów - uwielbiam skwar, temperaturę powyżej 27'C, naturalną opaleniznę i te "ciężkie" powietrze. Z tego też powodu będę chyba musiała następną zimę spędzić w Dubaju, bo na Kanarach mi za zimno (podczas naszego pobytu średnia odczuwalna temperatura to ok. 19'C, do tego bardzo mocno wiało).

DZIEŃ 1: 15 stycznia 2015 r., czwartek
Wylot mieliśmy o 6:10, więc musieliśmy być na lotnisku o 4:00. Moja ekipa przyjechała dzień wcześniej do Warszawy, ja nie mogłam, bo miałam duży event z Oriflame, dlatego też musiałam sama dojechać autem. Całą drogę myślałam, czego zapomniałam (as always). Jak to zwykle bywa - raczej wzięłam za dużo (oczywiście połowy ciuchów i butów nie ubrałam), niż za mało, ale już tak mam - zawsze muszę mieć nadmiar, bo "co by było gdyby".

Na Teneryfie wylądowaliśmy ok. 11:00 tamtejszego czasu (musieliśmy cofnąć zegarki o godzinę) i przywitało nas słońce i temperatura ok. 22'C. Zostaliśmy zakwaterowani w pięknym Hotelu**** Barcelo Santiago niedaleko klifów Los Gigantes. Bardzo lubię to miejsce ze względu na widoki, aczkolwiek moja imprezowa natura na pobyt wybrałaby po raz kolejny Los Cristanos/Las Americas, miasteczka które żyją nocą (natomiast w Puerto de Santiago, gdzie mieszkaliśmy, jest cisza i spokój, średnia wieku 80 lat :P), a do tego mają nieco cieplejszy klimat, jednak tym razem to nie ode mnie zależało, gdyż wycieczkę otrzymałam w prezencie od firmy Arum, gdzie zdobywam wiedzę z zakresu edukacji finansowej i rozwoju osobistego.

Hotel Barcelo Santiago
Pierwszy dzień upłynął nam bardzo leniwie na korzystaniu z opcji All Inclusive na hotelowym tarasie i chyba wszyscy poszli bardzo szybko spać (tam dni są bardzo krótkie, słońce zachodzi ok. godz. 19, a w naszej miejscowości jeszcze szybciej, gdyż zachód przysłania wyspa La Gomera). Ja po nieprzespanej nocy w aucie i samolocie odpadłam jeszcze przed zachodem słońća (nawet nie dałam rady zejść na kolację :P).

DZIEŃ 2: 16 stycznia 2015 r., piątek
Jak już wspomniałam, widok z hotelu mieliśmy niesamowity. Cudownie się je śniadanie patrząc przez wielkie szyby na Los Gigantes. Wielu moich znajomych mi pozytywnie pozazdrościło, gdy umieściłam na facebooku pierwsze zdjęcie z wakacji:


Tego dnia korzystaliśmy ze słońca i z uroków naszego hotelowego tarasu mieszczącego się na 6 piętrze (cały hotel został jakby "wyryty" w skale).

DZIEŃ 3: 17 stycznia 2015 r., sobota
Moja trójmiejska ekipa postanowiła wybrać się na całodzienne szaleństwa do największego w Europie parku rozrywki wodnej - Siam Parku. Z racji, iż nie umiem pływać, a sama myśl o wodnych zjeżdżalniach przyprawia mnie o dreszcze, zdecydowałam, że tego dnia spotkam się z moją koleżanką Magdą (właściwie to bardziej koleżanką Norbiego niż moją hehe), która mieszkała w pobliżu. Tak się złożyło, że Madzia ze swoją drugą [argentyńską] połówką (swoją drogą bardzo dobrze mi się rozmawiało z Alejandro po polsku :D) akurat wybierali się w "nasze" strony, więc spod Siam Parku zabrali mnie z powrotem do Puerto de Santiago i urządziliśmy sobie piknik na czarnej plaży. Poczęstowali mnie kanaryjskimi przysmakami, których niestety nie uraczyliśmy w hotelowej restauracji.

To zdjęcie wysłałyśmy Norbiemu, przez co narobiłyśmy mu smaka na powrót do jego "domu nr 2". Piasek na tym foto wydaje się szary, w rzeczywistości jest czarny, miejscami mieni się na złoto:


To jedna z moich ulubionych plaż tam - pierwsze wrażenie jest dość dziwne (Krystian i Krzysiu na początku w ogóle nie chcieli się na tym piasku położyć: "Nie będziemy leżeć w jakimś mule!" :D), ale uwierzcie mi, że ten piasek jest po prostu cudowny - bardzo delikatny i do tego przyjemnie się nagrzewa od słońca. Koniecznie musicie tego spróbować :) O ile mi wiadomo, to ten piasek to wulkaniczny pył.

DZIEŃ 4: 18 stycznia 2015 r., niedziela
Podobno niedziela to najlepszy dzień na odwiedziny w jednym z największych ZOO w Europie - Loro Parque, więc tak też zrobiliśmy. Byłam tam trzeci raz i jak zwykle najbardziej urzekły mnie pingwinki :)


Najciekawsze w tym miejscu są 4 pokazy zwierząt: papug, ork, delfinów i moje ulubione - lwów morskich. Ten park to absolutne "must see" na wyspie - ja byłam już trzy razy.

Delfiny tańczące tango :)
Po zwierzakach postanowiliśmy się wybrać na ciacho do najlepszej cukierni na wyspie w Buenavista del Norte. Możecie tam kupić babeczki o smaku Mojito, czy Sangrii. Tym razem skusiłam się na ciastko w kształcie wulkanu El Teide - z lawą i innymi bajerami. Pycha :D! Po drodze do cukierni zrobiliśmy sobie małą przerwę w podróży, by zachwycić się urokami miejscowości Garachico, która słynie ze skał wystających z wody:



DZIEŃ 5: 19 stycznia 2015 r., poniedziałek
Podobno najciemniej jest tuż przed wschodem słońca...

Jak już pisałam, tam słońce wstawało bardzo późno - dopiero przed godziną 8... W poniedziałek wyruszyliśmy na zwiedzanie wulkanu, więc musieliśmy wstać przed wschodem słońca ;)

Droga na wulkan jest moją ulubioną, kręte dróżki i niesamowite widoki - to jest nie do opisania, trzeba to zobaczyć na własne oczy. Im wyżej byliśmy, tym było zimniej - miałam wrażenie, że temperatura miejscami była bliska zeru. Natomiast z wiatrem bywało różnie - w niektórych okolicach prawie mi głowę urywało, a w innych można było się rozkoszować promieniami słońca. Mój ulubiony moment w drodze na El Teide, to gdy mogę "popatrzeć na chmury z góry". Tym razem miałam okazję podziwiać też tęczę ponad chmurami - coś wspaniałego :)


Krajobraz tam jest przepiękny i zmienia się co chwilę wraz z wysokością. Mogliśmy zaobserwować czerwono-rudy piasek, powierzchnię "księżycową", czy magmę.







Wyspę zwiedzaliśmy naszą teneryfską pandą :)


Pomimo, że pogoda nie dopisywała, nie mogliśmy odpuścić sobie saharyjskiej plaży Las Teresitas położonej w północno-wschodniej części wyspy - czyli tam, gdzie jest najzimniej. Ja siedziałam skulona jak chomik w kurtce pod parasolką, a Krzyś jako jedyny postanowił się wykąpać w Oceanie, brrr :P

Playa de las Teresitas
Do hotelu wróciliśmy autostradą, po drodze zatrzymaliśmy się na legendarne Barraquito con liqor w Candelarii. Ja nie piję kawy, w ogóle mi nie smakuje nic o zapachu/aromacie kawowym, a barraquito uważam za przepyszne. Koniecznie musicie tego spróbować - wg Oriany w składzie jest mleko słodzone, likier 43,  spienione mleko, espresso, maleńki kawałek skórki z cytryny i cynamon - obok sangrii to absolutne "must drink" na Kanarach :)

Barraquito con liqor
Sangria
Dzień pełen wrażeń, poziom energii utrzymywał się na najwyższym poziomie aż do nocy, gdyż tego wieczoru Konrad z naszej ekipy postanowił się oświadczyć Oli, która się tego w ogóle nie spodziewała ;) Przy całej aranżacji kolacji nad brzegiem oceanu pomagał Krystian. Całość wyszła fantastycznie - nasza ekipa obserwowała całą scenę z góry, z hotelowego tarasu i gdy Ola powiedziała "tak", wszyscy zaczęli wiwatować tak głośno, że połowa gości z hotelu wyszła na balkon zobaczyć, co się stało :D

Zaręczynowy pierścionek i kwiaty dla Oli od Konrada :)
Piękne miejsce na oświadczyny, wspaniali ludzie wokół i niesamowity klimat - tylko pozazdrościć. Szczęścia Moi Drodzy :) !

Tego dnia miałam też zakończenie Katalogu w Oriflame. Mam świetnie wyszkolony zespół, dlatego mimo mojej nieobecności, wynik był bardzo dobry - to zasługa moich wspaniałych Liderek Emilii, Beaty i Anety, oraz siostry Karoliny, która wszystkiego pilnuje online. Niestety nie zdążyłam sprawdzić ostatecznych wyników, bo zapomniałam, że na Teneryfie jest godzina do tyłu, ale wiedziałam, że wszyscy w mojej grupie osiągnęli postawione sobie cele, co mnie bardzo cieszyło :)

DZIEŃ 6: 20 stycznia 2015 r., wtorek
Tego dnia cała ekipa wybrała się na rejs po Oceanie Atlantyckim. Pamiętam, że poprzednimi razy, jak byłam na Teneryfie, to ciągle nas na to próbowali namówić miejscowi "naganiacze", bajerując, że podczas rejsu zobaczymy delfiny i wieloryby, bo to ich naturalne miejsce występowania. Faktycznie mieli rację, bo mieliśmy okazję je zobaczyć, co ciekawe - delfiny pływały wcale nie tak daleko od brzegu, jednak były na tyle szybkie, że nie zdążyłam ich uchwycić. Za to wieloryby spały, więc sobie "dryfowały" i łatwo było je sfocić. Gdy byliśmy blisko portu w Los Cristianos, kapitan zatrzymał nasz katamaran, by można było wyskoczyć do oceanu i sobie popływać. Oczywiście nie skorzystałam :P i podziwiam tych, którzy to zrobili, bo było naprawdę zimnooo...



DZIEŃ 7: 21 stycznia 2015 r., środa
Nie mogłabym być na Teneryfie i nie odwiedzić mojego ulubionego Los Cristianos :) Norb mieszkał tam 2 lata, przechodziłam teraz nawet obok jego dawnego apartamentu - ech... jak sobie przypomnę tamte wakacje tam, kończenie katalogu na 4 laptopach, telekonferencje z tamtego miejsca, to aż żal, że to było już tak dawno :(
W pobliżu znajduje się Monkey Park - to jest właśnie jedno z tych miejsc, w które mogę wracać w nieskończoność :) Uwielbiam te małpiszony i lemury, mogłabym tam siedzieć całymi dniami, karmiąc te futrzaki. Sporo czasu też spędziliśmy w klatce z papugami, które nie chciały z nami gadać, wręcz się obraziły i chyba nas nie polubiły :)








DZIEŃ 8: 22 stycznia 2015 r., czwartek
W ostatni dzień moja trójmiejska ekipa pojechała na Mascę - ja tam byłam już 2 razy i ze wszystkich "must see" na Teneryfie, Masca mnie najmniej urzekła, dlatego tym razem odpuściłam i ten dzień spędziłam na kupowaniu pamiątek w Puerto de Santiago i wylegiwaniu się na czarnej plaży, gdzie podziwiałam zachód słońca.




A jak wygląda Masca? Tutaj moje zdjęcie z 2011 roku oraz kaktusowe ciasto, które tam jadłam :)

Masca
Ciasto z kaktusa :) Pycha!
***

To były bardzo udane wakacje w wyśmienitym towarzystwie :) Już mi brakuje tego wstawania wraz ze słońcem, wieczorów +15'C i tej hiszpańskiej atmosfery... Nie lubię długo tęsknić, więc muszę wykombinować niedługo kolejne wczasy albo spędzić wrzesień na mojej ukochanej Ibizie. Ale że bogaci zawsze biorą i to i to, więc... ;))
***
Zapraszam Was też na mojego Pinteresta, gdzie możecie zobaczyć więcej zdjęć od razu z położeniem na mapie Teneryfy.

4 comments:

  1. Pięknie tam! Faktycznie wakacje w styczniu, kiedy u nas jest szaro, buro i ponuro, są o niebo lepsze niż latem. I to o takie ładne niebo jak na Twoich zdjęciach:)

    ReplyDelete
  2. To niebieskie niebo to jest na wulkanie na prawie 3000m wysokości ;) więc podobne możesz zaobserwować jedynie w górach. Dziś odkryłam, jak bardzo mi brakuje słońca - tam bez problemu wstawałam pełna energii o 7-8, a teraz w Trójmieście mam problem, by zwlec się z łóżka o 11h, jestem ciągle niewyspana i zmęczona...

    ReplyDelete
  3. To i tak Ci zazdroszczę, skoro mieszkasz w Trójmieście - niezależnie jaka pogoda tam jest. Kocham Sopot!:)

    ReplyDelete
    Replies
    1. hehe sama sobie zazdroszczę :) Też uwielbiam Trójmiasto, dlatego tam kupiłam mieszkanie i już niedługo się wprowadzam. Nie mogłabym mieszkać nigdzie indziej ;)

      Delete