Feature news

Matowy mus do ust od Oriflame

Na okładce Katalogu 7/2016 Oriflame znajdziemy matowy mus do ust - czyli pierwszą w historii Oriflame pomadkę w płynie. Oczywiście nie mogłam się opanować i zamówiłam wszystkie kolory, bo nie mogłam się zdecydować na jeden. Zresztą zobaczcie - opakowania i kolory są tak piękne, że naprawdę szkoda mieć tylko jeden!





Na początku wspomnę o błędzie w Katalogu - kolor 31947 Red Velvet jest zamieniony z 31951 Rouge Seude:

Od lewej: Red Velvet i Rouge Suede
U góry Red Velvet a na dole Rouge Suede
Dlatego jeśli chcecie mieć kolor ciemnoczerwony, to trzeba wpisać kod 31951 Rouge Suede, a jeśli chcecie ten różowo-czerwony to kod 31947 Red Velvet. Wygląda to tak, jakby w fabryce źle te kolory nalali, bo nie pasują do nazwy - Red Velvet powinien być czerwony, a nie różowawy.

Poniżej na zdjęciach swatche, jednak zamieniłam miejscami te dwie pomadki 31947 i 31951, aby mi kolorystycznie pasowały :)




Okazuje się, że pomadka pomadce nie równa. Kolor toffee ma moim zdaniem totalnie inna konsystencję niż pozostałe pomadki - jest bardziej lepki i nie rozprowadza się tak gładko jak pozostałe.

Pomadki mają "włochaty" mięciutki aplikator. Mam wąskie usta, dlatego jest on dla mnie za szeroki i niewygodny w używaniu, więc nakładam ten mus oddzielnym pędzelkiem przeznaczonym do ust.




Musy rozprowadzają się gładko i po zastygnięciu na ustach dają wrażenie pudrowych. Naprawdę jest niesamowity komfort noszenia ich na ustach - ja jestem zachwycona! Do tego kolor, który trwa i trwa i trwa... :) Kolory są bardzo trwałe i intensywne!

Poniżej moje 2 makijaże - pierwszy z wykorzystaniem musu 31946 Coral Dream, a niżej 32256 Soft Mulberry,








Jeśli chcecie je przetestować 20% taniej, to zachęcam do założenia konta VIP tutaj. Każdy produkt z Katalogu Oriflame objęty jest gwarancją satysfakcji - oznacza to, że możecie zużyć 30% i oddać produkt bez podania powodu, jeśli nie spełnia Waszych oczekiwań, a Oriflame zwraca pieniądze.
Read more »

Astaksantyna i jej niesamowite właściwości

Czy słyszeliście kiedyś o Astaksantynie? 800 razy aktywniejsza niż koenzym Q10, 500 razy silniejsza niż witamina E oraz 40 razy skuteczniejsza niż beta-karoten. Astaksantyna to najsilniejszy z antyoksydantów, jaki można pozyskać w przyrodzie, jest przełomowym odkryciem w dziedzinie wzmacniania odporności, opóźniania procesów starzenia (wielką fanką Astaksantyny jest np. Madonna czy Oprah Winfrey), czy hamowania rozwoju nowotworów. Sama stosuję ją regularnie od 3 lat i zauważyłam jej bardzo pozytywny wpływ na mój organizm. Astaksantyna ma tę przewagę nad innymi produktami, że działa na wiele różnych schorzeń, nie wywołując przy tym żadnych skutków ubocznych. Właściwie to nie da się jej przedawkować, bo jej nadmiar jest po prostu z organizmu usuwany.

Astaksantyna - co to takiego i skąd pochodzi?

Astaksantyna znajduje się w algach, fitoplanktonie, a także w niektórych roślinach, grzybach i bakteriach. Ponieważ jednak stanowią one część łańcucha pokarmowego, trafiają z czasem do organizmów zwierząt. Każde morskie zwierzę o różowym lub czerwonawym kolorze, np. łosoś, homar, krewetka czy krab ma w sobie naturalną astaksantynę. Naturalna Astaksantyna jest zawarta w najbardziej skoncentrowanej postaci znanej w świecie fauny właśnie w mięśniach łososi i, zdaniem naukowców, to dzięki niemu ryby te są zdolne pływać w tak ekstremalnych warunkach, jak np. pod prąd w górę wodospadu.

Swedish Beauty Complex

Astaksantyna, którą ja stosuję, zawarta jest w czystej postaci w kompleksie Swedish Beauty, który dystrybuuje Oriflame. Zawiera wyciąg z jagód i karotenoid astaksantynę w dawce 3 mg/kapsułkę, pozyskaną z alg żyjących w wodach wokół Archipelagu Sztokholmskiego w Szwecji. Razem skutecznie chronią naturalne piękno skóry, zwiększają wytrzymałość mięśni oraz dbają o zdrowie układu krążenia. Ponadto zawarte w Kompleksie jagody są źródłem witaminy C.
Opakowanie zawiera 30 kapsułek. Koszt - standardowo 74,90 zł lub 59,92 zł Klient VIP. Natomiast w dniach 24 maja - 13 czerwca będzie w promocji - 59,99 zł lub 47,92 zł dla Klienta VIP. Ja sama zrobię spore zapasy (produkt ma około 2 lat przydatności do spożycia), ponieważ gdy pojawia się w promocji, zazwyczaj zostaje wyprzedany w przeciągu kilku dni.

Bardzo ważne informacja - Oriflame NIE robi astaksantyny! Nad tym produktem pracują naukowcy światowej sławy w centrum badań w Igellosie. Oriflame jest tylko dystrybutorem. Kilka lat temu produkt ten cieszył się tak dużym zainteresowaniem, że podobno firmy farmaceutyczne w Polsce chciały wykupić prawa do tego produktu, na co Oriflame się nie zgodziło.


Oprócz samej astaksantyny, Oriflame ma w ofercie cały zestaw Wellness Pack, który zawiera 21 saszetek, w skład których wchodzi:
  • - 1 tabletka witamin i minerałów (jest wersja dla kobiet lub dla mężczyzn), które pokrywają 100% dziennego zapotrzebowania wg WHO
  • - 1 kapsułka Swedish Beauty Complex
  • - 2 kapsułki kwasów Omega 3 (jest to olej rybi najczystszej postaci, pozyskiwany z malutkich rybek żyjących bardzo krótko w Oceanie Atlantyckim, dzięki temu mamy pewność, że jest to produkt najwyższej jakości, czego nie można powiedzieć o standardowym tranie z rekina, który żyje długo i przez całe swoje życie zjada wszystkie zanieczyszczenia, które my potem wprowadzalibyśmy do organizmu)

Cały Wellness Pack kosztuje 109,90 zł, a dla Klientów VIP - 87,92 zł. W przypadku Wellness Packów można założyć 3-miesięczną subskrypcję. Działa to tak, że przez 3 pierwsze Katalogi (1 Katalog w Oriflame trwa 3 tygodnie) zamawiacie w cenie standardowej za 87,92 zł, natomiast w 4-tym Katalogu otrzymujecie ten zestaw za 80 groszy! W związku z tym dzienny koszt suplementacji 1 saszetki wynosi jedynie 3,15 zł za te 4 produkty!

Zalety Astaksantyny

Oto kilka zalet naturalnej astaksantyny, różniącej ją od beta karotenu, który tych cech nie posiada:
  • - Przenika barierę między układem krwionośnym a mózgiem dostarczając przeciwutleniacze do mózgu i centralnego układu nerwowego i zapobiega stanom zapalnym tych organów 
  • - Przenika barierę między siatkówką a układem krwionośnym zaopatrując oko w przeciwutleniacze i zapobiegając stanom zapalnym 
  • - Przemieszcza się wewnątrz organizmu dostarczając przeciwutleniacze i zapobiegając stanom zapalnym we wszystkich organach ze skórą włącznie 
  • - Napina błonę komórkową 
  • - Wiąże tkankę mięśniową 
  • - Działa jako silny przeciwutleniacz i szybko eliminuje wolne rodniki oraz neutralizuje tlen singletowy.


Na co może pomóc Astaksantyna?

Astaksantyna ze względu na swoje zalety może pomóc w wielu schorzeniach. Zebrałam z różnych źródeł takie właściwości:
  • - Pomaga zredukować ból spowodowany artretyzmem i chorobami stawów 
  • - Kontroluje śmiertelne „ciche zapalenia”, powód chorób serca, zawałów, raka, cukrzycy, choroby Alzheimera i wielu innych, groźnych dla życia przypadłości 
  • - Dodaje energii, zwiększa siłę i wytrzymałość 
  • - Działa jako „wewnętrzny ekran słoneczny” i poprawia stan skóry 
  • - Wzmacnia system odpornościowy organizmu 
  • - Chroni oczy i mózg przed działaniem wolnych rodników i utleniaczy 
  • - Wspiera układ sercowo-naczyniowy i utrzymuje w normie poziom cholesterolu
  • - Zmniejsza ryzyko występowania różnych rodzajów nowotworów (m.in. raka piersi, okrężnicy, pęcherza i jamy ustnej) poprzez stymulację apoptozy (śmierć komórek nowotworowych) i zahamowania peroksydacji tłuszczów.
  • - Zmniejsza poziomy glukozy we krwi, zwiększa wrażliwość na insulinę
  • - Łagodzi stany zapalne min. artretyzm i astmę
  • - Przekracza barierę krew-mózg, co pozwala chronić tkanki mózgowe przed stresem oksydacyjnym
  • - Zapobiega lub spowalnia trzy z najczęściej występujących chorób oczu: związanego z wiekiem zwyrodnienia plamki żółtej, zaćmy i jaskry
  • - Wzmacnia żyły, działa na układ krążenia
  • - Zmniejsza ból mięśni wywołany wysiłkiem fizycznym ogranicza stany zapalne wywołane promieniami UV
  • - Poprawia ostrości widzenia
  • - Obniża objawy osłabienia wzroku ze względu na zwiększony przepływ krwi w naczyniach włosowatych do ciała rzęskowego
  • - Odmładza skórę od wewnątrz
  • - Wpływa na skórę, ogranicza linie zmarszczek i wygładza je poprawia elastyczność i zwalcza suchość skóry 
  • - Poprawia trawienie i łagodzi refluks
  • - Wspomaga płodność zwiększając liczebność nasienia
  • - Pomaga zapobiegać oparzeniom słonecznym, chroniąc przed szkodliwym wpływem promieniowania (m.in. podczas lotu samolotem, przed promieniami rentgena, badaniami tomograficznymi, itp.)
  • - Zmniejsza uszkodzenia oksydacyjne DNA
  • - Łagodzi objawy zapalenia trzustki, stwardnienia rozsianego, zespołu kanału nadgarstka, reumatoidalnego zapalenia stawów, choroby Parkinsona i Charcot oraz chorób neurodegeneratywnym. 

Lista ta jest coraz dłuższa, gdyż pojawia się coraz więcej badań nad tym wspaniałym związkiem.

Jak  ją stosować?

Badania krwi ludzkiej na obecność Astaksantyny dowodzą, że preparat ten jest najlepiej przyswajany droga pokarmową. Dawki Astaksantyny podawane ludziom w rozlicznych badaniach różniły się jednak znacznie, wynosząc od 2 mg do 16 mg na dobę. Jaka zatem dawka jest odpowiednia dla ludzi? Odpowiedź na to pytanie zależy od kilku czynników. Po pierwsze: w jakim celu chcemy zażywać Astaksantynę? Po drugie: jakim pochłaniaczem jesteś? Pięcioprocentowym czy dziewięćdziesięcioprocentowym? Ludzie różnią się zdolnością przyswajania karotenoidów, co sprawia, że bardzo trudno jest ustalić jedną dawkę dla wszystkich. Jeśli przyswajasz 90% karotenoidów, to po zażyciu 1 mg Astaksantyny osiągniesz to samo, co twój przyjaciel, przyswajający zaledwie 5% karotenoidów, po zażyciu 18 mg. Głównym czynnikiem decydującym o przyswajaniu Astaksantyny przez organizm jest sposób jej przyjmowania: zaleca się przyjmowanie jej w posiłkach, najlepiej zawierających pewną ilość tłuszczu, ponieważ Astaksantyna, jak inne karotenoidy rozpuszcza się w tłuszczach. Inną możliwością jest przyjmowanie jej w żelowych kapsułkach, które zawierają olej jako bazę. W kapsułkach Swedish Beauty jest odpowiednia ilość oleju kokosowego do tego, aby astaksantyna się rozpuściła. Zalecane przez producentów dawkowanie to obecnie ok. 4 mg dziennie dla osób bez szczególnych dolegliwości.


Poniższa rozpiska przedstawia w ogólnym zarysie zasady, którymi należy się kierować przy ustalaniu dziennej dawki:

Zastosowanie – zalecana dawki:
  • - Przeciwutleniacz: 2 – 4 mg dziennie 
  • - Artretyzm: 4 – 12 mg dziennie 
  • - Zapalenie ścięgien/zespół cieśni nadgarstka: 4 – 12 mg dziennie 
  • - Ciche stany zapalne/zakwaszenie organizmu: 4 – 12 mg dziennie 
  • - Wewnętrzny ekran przeciwsłoneczny: 4 – 8 mg dziennie 
  • - Poprawa wyglądu i stanu skóry: 2 – 4 mg dziennie 
  • - Wzmocnienie układu odpornościowego: 2 – 4 mg dziennie 
  • - Układ sercowo-naczyniowy: 4 – 8 mg dziennie 
  • - Siła i wytrzymałość: 4 – 8 mg dziennie 
  • - Mózg i centralny system nerwowy: 4 – 8 mg dziennie 
  • - Wzrok: 4 – 8 mg dziennie 
  • - Zastosowanie miejscowe: 20 – 100 jedn./milion

W kompleksie Swedish Beauty 1 kapsułka zawiera 3 mg czystej astaksantyny, ale dodatkowo zawiera też wyciąg z jagód, które też są silnym antyoksydantem i wzmacniają działanie astaksantyny. Dlatego można uznać, że 1 kapsułka to zalecana dawka dla osoby zdrowej, 2 kapsułki to dawka dla osoby, która ma problemy ze wzrokiem, układem sercowo-naczyniowym, wytrzymałością czy centralnym układem nerwowym lub pochodzi z grupy ryzyka nowotworowego. Natomiast 3-4 kapsułki zaleca się w przypadku osób, które mają stany zapalne lub np. zakwaszony organizm. Maksymalna dawka to 16 mg / na dobę, powyżej 16 mg astaksantyna się nie wchłania i zostanie wydalona z organizmu. W nagłych przypadkach - u mnie np. gdy miałam zapalenie jamy ustnej (ból tak ogromny, że nie mogłam szczęką ruszać), można wziąć maksymalną dawkę, czyli 5 kapsułek na raz - po 3 godzinach stan zapalny całkowicie zniknął i nie było żadnych skutków ubocznych!

Jak ja stosuję Astaksantynę i w czym mi pomogła?

Od 3 lat regularnie stosuję astaksantynę, początkowo była to 1 kapsułka dziennie (zamawiam Wellness Packa, a tam w saszetce jest 1 kapsułka). Natomiast od dłuższego czasu przyjmuję codziennie 1 saszetkę Wellness Packa + 1 dodatkową kapsułkę, a latem 2 dodatkowe (ze względu na większe promieniowanie UV).


Dzięki Wellness Pack, w tym głównie astaksantyny, poradziłam sobie z takimi problemami:
  • - Pozbyłam się alergii, na którą cierpiałam od dziecka (byłam uczulona na dosłownie wszystko - grzyby, pleśnie, sierść, pyłki wszystkich roślin) - przez prawie 20 lat przyjmowałam leki, które tylko blokowały moje odruchy na alergię, po odstawieniu ich i przyjmowaniu astaksantyny alergia znikła - w tej chwili mam kwiaty w domu (przedtem powodowały one, że się dusiłam i kilka razy w nocy zabrało mnie pogotowie), a z psem mogłabym spać i nawet bym nie kichnęła.
  • - Groziła mi anemia, wyniki badań krwi były tragiczne. Po pół roku stosowania Wellness Pack wyniki się tak pozytywnie zmieniły, że mojemu lekarzowi trudno było w to uwierzyć.
  • - Poprawił mi się wzrok o 1 dioprię, lepiej też widzę w ciemności, zauważyłam, że widzę bardziej ostro. Na studiach wymieniałam szkła w okularach co pół roku, bo ciągle mi się pogarszał wzrok, aż do -3.0D, aktualnie mam -2.0D. Moje oczy też przestały się męczyć podczas długiej pracy przed komputerem.
  • - Latem cieszę się piękną, brązową opalenizną, która pozostaje ze mną do późnej jesieni. Przedtem każde wyjście na silne słońce, pomimo kremów z filtrem, kończyło się dla mnie siedzeniem 3 dni w domu z okładami z maślanki.

Z tego produktu ja jestem bardzo zadowolona, dlatego też polecam go wszystkim!


Jeśli macie ochotę wypróbować astaksantynę w promocyjnej cenie, to możecie założyć konto VIP tutaj. Rejestracja Was do niczego nie zobowiązuje - po prostu macie zniżkę na wszystkie produkty -20% i możecie robić zakupy kiedy chcecie i na ile chcecie. Nie ma obowiązku zamawiania co miesiąc ani na określoną kwotę.

Źródła:

  • Naturalna Astaksantyna – Królowa karotenoidow, Bob Capelli, przy współpracy dr Geralda R. Cysewskiego, Hawaje 2007. 
  • http://stressfree.pl/astaksantyna-najskuteczniejszy-z-antyoksydantow/ 
  • http://www.naturalna-medycyna.com.pl/astaksantyna-przeciwutleniacz-ochrona-organizmu-antioxidant-antyutleniacz-astaxanthin.html 
  • http://astaksantyna.pl/19
Read more »

Rozświetlony makijaż na imprezę

Po dłuższej przerwie w blogowaniu powracam do Was z postem z branży Beauty. Dziś zaprezentuję Wam, jak wykonałam rozświetlony makijaż na imprezę, który do 5-tej nad ranem został nienaruszony, pomimo całonocnej zabawy na Armin Only w ostatnią sobotę. Pokażę Wam też jakich kosmetyków do tego użyłam i zdradzę też kilka swoich tricków, dzięki którym można osiągnąć świetny efekt kosmetykami, które docelowo mają inne zastosowanie niż podaje producent. Jeśli jesteście ciekawe, jak uzyskać taki efekt jak poniżej, to zapraszam do dalszej lektury tego posta :)


Jeśli chcecie, aby makijaż trzymał się całą noc, to najważniejszą rzeczą jest zadbanie o cerę! Żadne bazy/fixery/kosmetyki o przedłużonej trwałości/etc Wam nie pomogą, jeśli Wasza twarz nie jest odpowiednio oczyszczona i przygotowana pod makijaż. W tym celu dzień wcześniej:
- oczyściłam twarz peelingiem Swedish Spa od Oriflame (ten w słoiczku :) ),
- nałożyłam maseczkę oczyszczającą Pure Nature Oriflame (ta z glinką :) ),
- stonizowałam skórę tonikiem Ecollagen,
- nałożyłam serum Ecollaen + krem na noc + krem pod oczy True Perfection (świetnie radzi sobie z sińcami pod oczami).
Po takim zabiegu na naszej skórze makijaż będzie trzymał się najdłużej, a do tego nasza cera będzie wyglądać bardzo świeżo i promiennie.

Przed przystąpieniem do makijażu zawsze zaczynam od demakijażu (nawet jak nie miałam na sobie wcześniej makijażu, to skórę i tak trzeba oczyścić!) i pielęgnacji.
1. Demakijaż zawsze wykonuję płynem micelarnym Diamond Cellular - nie podrażnia moich wrażliwych oczu, nie muszę zdejmować soczewek, dodatkowo przywraca skórze odpowiedni poziom pH, więc można od razu przejść do pielęgnacji (pomijając tonik).
2. Tego dnia nałożyłam krem pod oczy oraz serum True Perfection - pięknie rozświetla skórę, szybko się wchłania i nawilża skórę - odpowiednie do każdego rodzaju cery, nawet tej tłustej (pomimo drobinek rozświetlających, nie powoduje ono świecenie się skóry tłustej).

Poczekam kilka minut, aż serum dokładnie się wchłonie i nałożyłam rozświetlającą bazę pod makijaż Giordani Gold w strategiczne miejsca - czyli czoło, brodę i nos - dlatego, że te miejsca najszybciej się ścierają.

Kolejnym krokiem było zaaplikowanie korektora pod oczy - bardzo polecam korektor w tubce The One Everlasting - świetnie kryje cienie pod oczami, a pomimo to jest leciutki. Korektor ten też nałożyłam na całą powiekę ruchomą - używam go też jako bazę pod cienie.

Następnie przeszłam do nałożenia podkładu - tym razem wybrałam dwa:
- The One Everlasting Extreme - odcień Vanilla - nałożyłam go w tzw. "trójkącie świetlnym", czyli na czoło, nos, pod oczami i na brodę. Jest to najjaśniejszy odcień podkładu w portfolio Oriflame i do tego najbardziej kryjący i najtrwalszy.
- The One BB Cream - który nałożyłam na resztę twarzy. Uwielbiam ten produkt, bo oprócz tego, że jest leciutki, to pięknie kryje, dopasowuje się do kolorytu cery i rozświetla, a nawet maskuje drobne cienie pod oczami. Do tego jest bardzo trwały i pomimo, że to krem BB, to dla mnie jest lepszy niż niektóre podkłady.

Całość utrwaliłam pudrem sypkim The One - odcień transparentny, wygląda jak biała mąka, ale w rzeczywistości super się dopasowuje do kolorytu cery, matowi twarz i przedłuża trwałość makijażu. Nałożyłam go na cała twarz - łącznie z powiekami.

Niektórzy po tym kroku zaczynają modelowanie, ja jednak wcześniej robię brwi i dopiero potem przechodzę do konturowania. Do zrobienia brwi użyłam moich 2 ulubionych produktów, w których jestem zakochana od wielu lat:
- odżywki do rzęs i brwi - wyczesuje nią resztki pudru z brwi i układam włoski oraz je nawilżam,
- na tak mokre brwi nanoszę cienię z paletki do brwi The One (ten produkt chyba zna każda Klientka Oriflame, która kupuje kolorówkę :) ) - przez to że brwi są mokre, można tymi cieniami dosłownie narysować takie brwi, na jakie macie ochotę. Często dostaję pytania, czy to makijaż pernamentny - nie, to właśnie efekt tej odżywki+cieni. Dolną linię brwi oczyszczam i wyrównuję adaptacyjnym korektorem w płynie Giordani Gold - super on się też nadaje do zbierania resztek oprószonych cieni na policzkach. Zamiast korektora GG możecie też użyć cielistej kredki The One - też pięknie można nią podkreślić łuk brwiowy.

Dopiero po wykonaniu brwi przeszłam do modelowania twarzy i tutaj użyłam 2 technik, nie przesadzając z żadną z nich, aby nie uzyskać przerysowanego efektu:
- strobbing - modelowanie rozświetlaczem,
- konturowanie bronzerem.
W pierwszej kolejności nałożyłam rozświetlacz na mokro i do tego celu użyłam kremowych cieni w słoiczku The One - odcień Beige Pearl. Najlepszy efekt uzyskacie, gdy nałożycie te cienie pędzlem do podkładu Giordani Gold - ma kształt, który idealnie nadaje się do tego "zabiegu". Odrobinę tego rozświetlającego cienia nałożyłam też pod łukiem brwiowym i nad wargą.


Następnie w te same miejsca nałożyłam rozświetlacz na sucho - do tego wybrałam perełki rozświetlające Giordani Gold - wyjęłam białe i różowe perełki, zmieszałam pędzlem i nałożyłam w te miejsca.
Jako bronzera użyłam kuleczek brązujących Giordani Gold Dark Bronze - są one z połyskiem, więc też wzmocnią nasz "higlight" :) Nałożyłam je pod kością policzkową, wzdłuż nosa (po bokach) oraz po prawej i lewej stronie czoła, aby nadać mojej twarzy kształt owalu i delikatnie ją "opalić".

Makijaż oczu wbrew pozorom nie zajął mi wcale tak dużo czasu. W pierwszej kolejności nałożyłam brązowy cień z paletki Very Me w zagłębieniu powieki puchatym pędzlem Oriflame, którym super się cieniuje! Następnie nałożyłam najjaśniejsze cienie z tej paletki pod łukiem brwiowym i złączyłam je z tymi brązowymi, tak aby nie było widać wyraźnego przejścia między nimi. Na koniec nałożyłam cienie mokre Giordani Gold w kolorze złotym na powiekę ruchomą - wklepałam je palcami. Można by tak je pozostawić, bo pięknie zastygają, ale aby je utrwalić, wklepałam w nie delikatnie pacynką pojedyncze cienie Pure Colour (odcień beżowy).
Dolną powiekę zaznaczyłam brązową kredką Giordani Gold, którą roztarłam i utrwaliłam cieniami z paletki - jeśli zostawicie samą kredkę, to po całonocnej imprezie ona Wam się rozpłynie, dlatego koniecznie "przyklepcie" ją cieniami prasowanymi!
Linię wodną wypełniłam cielistą kredką The One.
Na koniec zrobiłam kreskę linerem Very Me, który jest teraz akurat na wyprzedaży w Oriflame - ma drobinki rozświetlające i nie daje koloru smolistej czerni, tylko takiego metalicznego grafitu. Moim zdaniem te linery w pędzelku Very Me to najlepsze tusze do kresek w Oriflame - nie wiem, czemu są tylko na wyprzedażach, bo pięknie się nimi maluje kreski i do tego są mega trwałe.
Pozostało wytuszowanie rzęs - użyłam do tego maskary The One Instant Extensions - zawiera ona w sobie wysokiej jakości mikrowkłókna, które "przyklejają się" do naszych naturalnych rzęs - dzięki temu można uzyskać efekt podobny jak przy przedłużaniu rzęs metodą 1:1! Serio - niejednokrotnie pytano mnie, czy miałam zagęszczane rzęsy :)

Na samy końcu usta - długo się zastanawiałam nad kolorem, ale zależało mi na zaakcentowaniu oczu i twarzy, dlatego usta zostawiłam w kolorze cielistym - na początek nałożyłam pomadkę Giordani Gold, a następnie błyszczyk The One PowerShine, który przepięknie pachnie arbuzem i optycznie powiększa usta.

W takim makijażu bawiłam się całą noc i przypuszczam, że gdybym poszła w tym makijażu spać (czego oczywiście robić niewolno! :) ), to na drugi dzień nikt by się nie zorientował, że był on zrobiony dzień wcześniej.

Jeśli Wam się podobało - udostępnijcie dalej :)
Jeśli chcecie kupić kosmetyki Oriflame taniej oraz korzystać z moich bezpłatnych porad kosmetycznych - zachęcam do rejestracji na mojej stronie - rejestracja do niczego nie zobowiązuje - po prostu możecie kupować produkty taniej, kiedy chcecie i ile chcecie, bez żadnych ograniczeń oraz konieczności zamawiania co miesiąc.

Kasia ;*

Poniżej zdjęcia kosmetyków, które wymieniłam w tym poście oraz zdjęcia makijażu :)

P.S. Biżuteria też jest od Oriflame :)










Read more »

Prawdziwe oblicze Karaibów - czyli Dominikana na własną rękę

Dominikana kojarzyła mi się zawsze z reklamą mojego ulubionego Bounty i określeniem "Raj na Ziemi". Gdy zabookowałam bilet lotniczy do Punta Cany, przed oczami malował mi się piękny krajobraz z białymi plażami i błękitnym morzem na czele. Wyobrażałam sobie, jak sączę te drinki w prawdziwym kokosie, podczas wygrzewania się na słońcu w temperaturze ponad 30'C. Zawsze marzyłam o tym, by spędzić zimę w ciepłych krajach, dlatego myśl, że będę witać Nowy Rok na Karaibach, przyprawiała mnie o dreszcze. Nie mogłam się doczekać tego wyjazdu, kiedy będę mogła na własnej skórze przekonać się, jak jest w rzeczywistości. No i właśnie... jak było naprawdę? Jak wyglądały moje 3-tygodniowe wakacje w środku zimy na rajskiej wyspie? Co mnie rozczarowało, co mnie urzekło, jak sobie poradziłam na pierwszym w życiu wyjeździe tak daleko i w całości na własną rękę? Czy chcę tam wrócić? Usiądźcie wygodnie i przygotujcie sobie duży kubek gorącej czekolady, bo czeka Was długa, być może zaskakująca opowieść. Długo wyczekiwana przez Was relacja z podróży na Dominikanę - czas, start!

Gdzie te rajskie plaże?

Praktycznie cały pierwszy dzień na Domikanie spędziliśmy na poszukiwaniu plaży. Nasz hotel (Primaveral w Bavaro) według mapy, którą dostaliśmy, był oddalony od plaży o jakieś 5-6 km. I według tej samej mapy i naszych GPS byliśmy cały czas bardzo blisko morza, nawet słyszeliśmy jego szum, ale plaży jak nie było widać, tak nie było. Okazało się, że prawie wszystkie plaże były prywatne i przynależały do hoteli. Po kilkunastu godzinach błądzenia wróciliśmy zdemotywowani do hotelu, gdzie postanowiliśmy zapytać, czy są tu w okolicy jakiekolwiek plaże publiczne? Znowu błądziliśmy i już prawie straciliśmy nadzieję, że w ogóle uda nam się zobaczyć to Morze Karaibskie, gdy tuż przed zachodem słońca naszym oczom ukazał się taki widok:


video

Dla takiego widoku warto było błądzić cały dzień i przejść w sumie ponad 20 km. Niesamowite uczucie - jest poniedziałek, 28 grudnia 2015, a ty spędzasz wieczór pod palmami, nad brzegiem Morza Karaibskiego, czując piasek pod stopami i delikatny powiew ciepłego wiatru. Dla niektórych nie do wyobrażenia, a dla mnie rzeczywistość. Zawsze powtarzałam, że marzenia się nie spełniają... marzenia się spełnia!
Wracając do rajskich plaż - tak naprawdę były tylko 2 plaże, które wyglądem przypominały te z pocztówek i nie były one na samej Dominikanie, tylko na wyspach przynależących do Dominikany - Bacardi Island \ Saona Island, więc musieliśmy do nich dopłynąć. Plaże w Punta Cana podobno są najładniejsze na całej wyspie - trudno mi to było ocenić, gdyż nie mieliśmy dostępu do większości z nich, bo były prywatne. Te, na które udało nam się dostać, owszem, były piękne, ale nie było to takie "wow", jakie sobie wyobrażałam. Jedna z ciekawszych plaż w okolicy to Playa Macao, na której towarzystwa dotrzymywał nam... osioł, który wywęszył mango Norberta i koniecznie chciał, by go poczęstować.



W to miejsce udaliśmy się też w ostatnim tygodniu pobytu i tym razem zamiast osła atrakcją były ogromne fale, które zalały całą plażę i... nasze auto. Zdziwieni niecodziennym widokiem, postanowiliśmy wszystko uwiecznić na zdjęciach i snapach :)






video

Wycieczka na wyspę Bacardi

Na tę wyspę udaliśmy się z portu na półwyspie Samana, przez który moje wyobrażenia o Dominikanie legły w gruzach... ale o tym później ;) Z tubylcami musieliśmy się targować niekiedy przez kilka godzin, aby za wycieczkę wynegocjować cenę, która nas nie osłabiała. Oczywiście, wszystko po hiszpańsku, bo po angielsku mogliśmy sobie jedynie porozmawiać z recepcją w hotelach all inclusive, czego niestety się nie spodziewałam... Na szczęście Norbi przypomniał sobie to, czego nauczył się na Teneryfie, a przez 3 dni wspierała nas też Lena - Ukrainka, która biegle władała bodajże 6 językami, w tym hiszpańskim i polskim. Lena była naszym przewodnikiem przez ten czas, jak trzymaliśmy się w 6-tkę, czyli nasza 4-ka + Lena + jej chłopak Grzegorz, którego poznaliśmy... podczas polowania na kokosy. Przechodził akurat plażą i mógł zaobserwować jak 3 kolesi próbuje strącić kokosy z palmy - podszedł się przywitać, gdy usłyszał... "kurwa", kiedy 10-ty raz z rzędu uderzenie w kokosa nie przynosiło żadnych rezultatów :)

video

Zanim dopłynęliśmy na wyspę Bacardi, zwiedziliśmy jeszcze Park Narodowy Dominikany - coś co przypominało lasy tropikalne, oraz jaskinie, w której mogliśmy podziwiać piktogramy.









Podróż tą łódką-motorówką była dla mnie traumatycznym przeżyciem :P Gościu, u którego wynegocjowaliśmy tę wycieczkę za 7000 peso (około 630 pln) strasznie szybko nią zapierniczał, do tego duże fale i niesamowicie trzęsło, jak łajba zderzała się z wodą, to dosłownie tłukło - uczucie podobne jak wjechanie w ogromną dziurę na ulicy z mega prędkością. Oczywiście z całego teamu tylko ja nie umiałam pływać, dlatego mój strach był o wiele większy, ale... dałam radę! :) Niemniej jednak na poniższych zdjęciach możecie zobaczyć ten strach w moich oczach.




Na wyspie mogliśmy poczuć klimat Dominikany ze zdjęć w Internecie - drinki w prawdziwym kokosie lub ananasie, biały piasek i lazurowe wybrzeże. Spędziliśmy tam około 3 godzin i o zachodzie słońca przypłynęliśmy z powrotem do Samany.






Saona - najpiękniejsza wyspa na całych Karaibach

Na Saonę wybraliśmy się w 5-kę (ja, Norbi, Witek, Oli i Piter, który doleciał do nas w ostatnim tygodniu pobytu) - bez Leny i Grześka, którzy mieli inny plan zwiedzania wyspy. Z tego powodu nie miał kto u nas się targować z Tubylcami, więc kupiliśmy wycieczkę na Saonę od miejscowych naciągaczy, którzy oczywiście tylko dla nas mieli "speszyl prajzzz" - chyba nie muszę pisać o co chodzi :) w każdym razie zapłaciliśmy 65 USD za tę wycieczkę.
Płynęliśmy trochę większą łódką niż ostatnio. Po drodze mieliśmy 1 przystanek na snurkowanie oraz 1 odpoczynek na morzu w miejscu, gdzie występował naturalny basen. Można było zejść do największej wanny kąpielowej na świecie – Piscina Natural. Była to wielka piaszczysta płycizna, gdzie stojąc daleko od brzegu, woda sięgała jedynie do pasa i można było obserwować pływające dookoła barwne, egzotyczne ryby i rozgwiazdy. Widok znany z filmów o Karaibach stał się tam rzeczywistością.






A wyspa? Taka jak na zdjęciach i filmach. To tutaj podobno kręcili reklamę Bounty. W cenie wycieczki mieliśmy też obiad, który był czymś w rodzaju "szwedzkiego stołu", dlatego mogliśmy się najeść do syta.










A na pożegnanie otrzymaliśmy butelkę Mamajuany - ich lokalny alkohol, z wydrukowanym naszym zdjęciem. Oczywiście nie za darmo, bo na Karaibach nic nie ma za darmo (strasznie korupcyjny kraj - wszystko za pieniądze robią) - musieliśmy się wytargować za tę butelkę + cd z karaibską muzyką. Ostatecznie zapłaciliśmy za to aż 15€!

Półwysep Samana i prawdziwe oblicze Dominikany

W Nowy Rok udaliśmy się z Punta Cany na Półwysep Samana na drugim końcu wyspy. Pojechaliśmy tam w ciemno - postanowiliśmy ogarnąć nocleg na miejscu. Pierwszy i ostatni raz! Okazało się, że praktycznie wszystko było zajęte i gdyby nie Lena i jej dobra znajomość hiszpańskiego - chyba byśmy spali na plaży... W ostateczności udało jej się dla nas znaleźć jeden jedyny nocleg w centrum miasteczka. Warunki... tragedia - spaliśmy w 3 osoby w pokoju o powierzchni 10m2, na betonowych łóżkach z materacami i pościelą ze szpitala.... a w łazience zamiast prysznica mieliśmy rurę, z której leciała lodowata woda. Podobno to standard i nikt z tubylców nie zwraca na to uwagi. Po 1 nocy tam miałam traumatyczne przeżycia i cały czar Dominikany prysł... Niestety musieliśmy tam zostać jeszcze kolejne 2 noce, bo nie było nic innego, a mieliśmy w planach stamtąd udać się na wyspę Bacardi i zwiedzić największy wodospad. Może i zapłaciliśmy po 27zł od osoby za dobę, ale zdecydowanie wolę zapłacić dużo więcej i spać w normalnych warunkach. Dlatego kolejne 2 dni spędziliśmy w Hotelu All Inclusive w Sosua, a kolejne 2 w apartamencie 5* Karibo w Punta Cana :)
A poniżej zdjęcia z Samany. Prawdziwe dominikańskie miasteczko - pełno motocykli, brudne ulice i pikniki przy ulicach po zmroku...




Te zdjęcia pokazują prawdziwą Dominikanę. Turyści zazwyczaj spędzają urlop w resortach i nawet nie wychodzą na miasto, a tym bardziej za miasto, więc taki widok jest im totalnie obcy. Poniżej wrzucam fotki, których nie zobaczycie przy ofertach biur podróży :)










Wakacje z pocztówki, czyli luksusowe hotele i opcja all inclusive

Po 3 dniach w dziczy postanowiliśmy się zrelaksować w hotelu all inclusive. Zabookowaliśmy przez Internet pokój dla naszej 4-ki w Sosua (północ wyspy) w Hotelu Casa Marina Beach 3* (koszt około 200zł za dobę od osoby). Spędziliśmy tam dwa dni - w zupełności to wystarczyło na to, aby totalnie się wyczilować, pijąc drinki w jacuzzi nad brzegiem morza o zachodzie słońca - w styczniu, bezcenne.






Kolejne 2 dni spędziliśmy w apartamencie 5* w hotelu Karibo. Zapłaciliśmy około 180zł od osoby za dobę, bez wyżywienia, ale za to mieliśmy apartament ponad 120m2, w tym 3 łazienki, 2 sypialnie, salon, kuchnia z pełnym wyposażeniem - nawet była pralka i zmywarka, oraz taras z jacuzzi. Z tych wszystkich noclegów, które mieliśmy, ten najbardziej przypadł nam do gustu - niesamowicie miła obsługa, blisko bary i restauracje, więc można było poczuć nocny klimat w Punta Cana, a do plaży mieliśmy około 3 km, dlatego bez auta byłoby ciężko. Z Karibo udaliśmy się na środek wyspy, gdzie spędziliśmy 2 dni w górskiej miejscowości Jarabacoa. Stamtąd znów wrociliśmy do Karibo na 4 dni.




Ostatnie 3 dni na wyspie spędziłam z Norbim i Witkiem, bo Oli i Piter wrócili wcześniej do domu. Po 3 tygodniach zmagań, chcieliśmy ostatnie 3 dni spędzić na totalnym lajcie, dlatego znowu wzieliśmy opcję all inculsive. Tym razem wybór padł na hotel w Punta Cana, abyśmy mieli blisko na lotnisko. Wybraliśmy hotel Riu Naiboa 4*. W całym kompleksie Riu znajdowało się 5 hoteli - trzy z nich miały 5* i było widać sporą różnicę - ogromne baseny z leżakami w wodzie czy barem w wodzie, wnętrza hoteli bardziej luksusowe i większa powierzchnia, kasyno, lepsze jedzenie.





Dominikańskie auta i drogi - czyli witaj w prawdziwej miejskiej dżungli!

Gdy przylecieliśmy na Dominikanę był 28 grudnia - 3 dni przed Sylwestrem, dlatego mieliśmy problem z wypożyczeniem auta - wszystkie były już w użyciu. Ostatecznie udało nam się znaleźć Hyundaia i po przejechaniu kilku kilometrów już wiedzieliśmy, dlaczego nikt go nie wypożyczył...


Na drogach w mieście są tak ogromne, dosłownie OGROMNE progi zwalniające, że jak przez nie przejeżdżaliśmy (pod kątem i na hamulcu), to wszyscy w aucie wstrzymywali oddech... Bywały sytuacje, że tubylcy zatrzymali się, zsiadali z motocykli i patrzyli, czy uda nam się te progi przejechać.
Wszystkie auta, jakie mieli do wypożyczenia, są z automatyczną skrzynią biegów - nic dziwnego, jeśli w mieście co chwilę są te ogromne progi zwalniające. Najbardziej jednak nas zdziwiły zimowe opony w tym aucie, na dodatek jedna z nich byla założona odwrotnie... Z ciekawostek to jeszcze to, że akumulator nie był przykręcony, latał pod maską, więc często auto nie chciało odpalać i musieliśmy pod maską przycisnąć kabelki ;) Po tygodniu, gdy już minął szał noworoczny i mieliśmy spory wybór aut - wiedzieliśmy, że potrzebujemy jakiegoś suva, bo jak byśmy jeszcze kilka dni pojeździli tym Hyundaiem, to byśmy albo do końca rozwalili zawieszenie, albo zgubili rurę wydechową, albo nie wiadomo co jeszcze ;) Dlatego kolejne auto, na które się przesiedliśmy, wyglądało tak:



Jeśli chodzi o drogi... czegoś takiego jeszcze nie widziałam - na autostradzie można było zobaczyć takie wielkie dziury, że jakbyśmy w nie wpadli, to by nam całe koło z auta urwało... Oczywiście dziury nieoznakowane. Auta też nieoznakowane - na autostradzie potrafiliśmy mijać nocą auta, które jechały bez tylnych świateł... Co do aut - 90% to marki koreańskie lub japońskie - praktycznie same Hyndaie, Kia, Toyoty i Suzuki na drogach. Jeśli chodzi o wygląd aut - w stolicy potrafiliśmy spotkać prawdziwe dzieła sztuki:






Największe graty to były taksowki - totalnie pordzewiałe, często bez tylnego zderzaka, zdarzały się też takie bez drzwi pasażera - śmieliśmy się, że wtedy nie płaci się u nich za "zatrześnięcie drzwiami w taksówce". Siedem osób w aucie to norma - 3 z przodu i 4 z tyłu, nikogo taki widok nie dziwił. My sami też jeździliśmy Hyundaiem w 6 osób - 4 na tylnej kanapie i nikt na to uwagi nie zwrócił - podobno to norma. Jeśli chodzi o zasady ruchu drogowego, to nie mam pojęcia, czy jakiekolwiek tam obowiązywały poza jedną - kto pierwszy trąbnie, ten ma pierszeństwo... Przejazd przez stolicę, Santo Domingo, to był prawdziwy hardcore! Raz mi przypadło prowadzić auto przez to nieszczęsne prawie 4-milionowe miasto i myślałam, że się popłaczę za kierownicą - na 1 pasie próbowały się wcisnąć równolegle 3 auta, kaźdy trąbił, nikt nie uzywał kierunkowskazów, na czerwone światła też praktycznie nikt uwagi nie zwracał. Totalny dramat. Ale - doświadczenie bezcenne, w Polsce już nic na mnie wrażenia nie zrobi na drogach :D

Oko w oko z naturą - wodospady i dzikie szlaki

Na wyspie jest mnóstwo wodospadów. Jeden z największych był niedaleko Samany - El Limon. Postanowiliśmy go zdobyć na własną rękę. Czekała nas przeprawa przez straszne błota, chaszcze, strome zejścia itd. Wtedy bardzo żałowałam, że nie dałam się tubylcom namówić na wypożyczenie konia. Tak uwalonych od błota butów to nigdy nie miałam...

video





Kolejne wodospady zwiedziliśmy niedaleko Jarabacoa - miejscowości położonej w górach. Tutaj niestety na własną rękę nie potrafiliśmy do nich dotrzeć, więc poświęciliśmy godzinę na mieście na szukanie kogoś, kto zostałby naszym przewodnikiem (tutaj hiszpański Norbiego okazał się bezcenny!). Dojścia do wodospadów były dość męczące dla mnie i po 2 juz miałam dość :)








Dominikańskie jedzenie

Naszym ulubionym dominikańskim jedzeniem były pierożki - z kurczakiem, serem lub szynką. Kosztowały około 2,70zł za sztukę i były całkiem smaczne. Ceny jedzenia bardzo się potrafiły różnić - przykładowo za danie obiadowe w Punta Cana płacilśmy średnio około 30-40zł, duża pizza dla 4 osób kosztowała 120zł... Natomiast w wioskach w głębi wyspy potrafiliśmy kupić wielki talerz nuggetsów ze smażoną juką (ichniejsze frytki) za 9zł. Typowe śniadanie to tosty, jajecznica lub omlet. Do tego zawsze braliśmy soki wyciskane z mango lub z limonek, które tam, ze względu na ciągłe słońce, były niesamowicie słodkie, praktycznie w ogóle nie było czuć, że są kwaśne. Zdarzało nam się też jeść przy drodze - np. za worek ryb i kilka bochenków chleba z mąki kokosowej płaciliśmy około 20-30zł.









W hotelu RIU Naiboa w opcji all inclusive 24h mieliśmy dostęp do naprawdę rewelacyjnego jedzenia i ogormny wybór (W Casa Marina Beach jedzenie było bardzo średnie... na miescie bylo zdecydowanie lepsze). Wszystkiego nie byłam w stanie sprobować, ale to, co jadłam, było prze-prze-przepyszne!



Bilety lotnicze

Na Dominikanę lecieliśmy liniami Jet Air Fly (belgijskie Tui) z Brukseli. Lot trwał około 12 godzin i podczas rejsu otrzymaliśmy 2 posiłki, które były całkiem smaczne. Bilet z Brukseli do Punta Cany kupowaliśmy na około miesiąc przed na stronie jetairfly.com za około 199€, natomiast powrotny kupiliśmy za ok.320€. Niestety nasz lot powrotny został opóźniony o 8 godzin, więc zamiast wracać o 19:00, mieliśmy wylot o 3:00 w nocy - dlatego wzięliśmy sobie jeszcze 1 dobę w hotelu koło plazy Cortesito, mieliśmy 5 minut drogi do plaży. Stamątd o północy udaliśmy się na lotnisko, na którym czekała nas kolejna niespodzianka - odlot przesunięty na 6:00 rano... więc spędziliśmy 6 godzin na lotnisku, 12 godzin w samolocie i około 10 w aucie, jadąc z Brukseli do Trójmiasta.





Podsumowanie

Podsumowując - były to niesamowite 3 tygodnie, które będę bardzo długo wspominać. To, co mnie najbardziej urzekło na Dominikanie, to hmmm... temperatura - mieliśmy praktycznie codziennie między 29 a 31'C. a ja w takim klimacie najlepiej funkcjonuję. Trochę inaczej sobie wyobrażałam te całe Karaiby, ale ogólnie był to bardzo udany wyjazd, pełen wrażeń i przygód. Jednak nie chciałabym tam mieszkać - na dłuższę metę, bym się zanudziła - prawdziwy klimat "brudnej Dominikany" mi totalnie nie pasuje, a ile można leżeć na plażach. Z tego też względu wolę wakacje na Ibizie - jest to miejsce, do którego moge wracać w nieskończoność. Karaiby są na pewno świetnym miejscem na spędzenie zimy. W tym roku również zamierzam spędzić mroźne miesiące w ciepłych krajach, lecz tym razem nie będą to Karaiby, a co takiego? - śledźcie mój fanpage :)
Read more »